trawka brzuszkowa

Wpisy

  • środa, 04 maja 2011
    • "Trawka brzuszkowa", czyli odlot na wysokich obcasach


       


      Debiutancka powieść Agnieszki Wypych pod tytułem „Trawka brzuszkowa” z całą pewnością nie nadaje się do lektury w tramwaju czy w autobusie, ponieważ po przeczytaniu pierwszych zdań odlatujemy wraz z jej główną bohaterką co najmniej na drugi krąg i na przystanek już raczej nie wracamy.

       

      Nie będę zdradzał, w jaki sposób na wstępie Agni odmienia się przez przypadki, nawiązując do słynnej odmiany Gombrowicza przez dni tygodnia, ale zapewniam, że nieprzypadkowo jej imię oznacza w sanskrycie ogień. I rzeczywiście w wielu epizodach jest ona naprawdę jak ogień: zmysłowa, namiętna i spragniona miłosnych uniesień. Na dodatek poza szczęściem w miłości żadnego sensu istnienia nie dostrzega i nie zamierza ujrzeć. Sęk w tym, że ma poważny problem z mężczyznami, a zwłaszcza ze znalezieniem swojego ideału.

       

      Większość pięknych i wykształconych Polek jakoś próbuje sobie radzić z tym zagadnieniem (pozdrawiam bywalczynie sąsiedniego cafe.pl), ale Agni jest inna, zwłaszcza, że nie interesują jej namiastki i półprodukty. Ogarnia ją więc niemoc i zwątpienie. W rzeczywistości już nie szuka, tylko czeka na wyśnionego mężczyznę i nieustannie o nim marzy, pogrążając się w nieznośniej depresji. Kiedy wydaje się, że nie ma już dla niej ratunku, wpada na oryginalny pomysł „ustawiania swej czułości”. Polega on na tym, że zastawia sidła na tego jedynego, nim ten mężczyzna się pojawi, ale zastawia je w swojej głowie. Wprowadza się w ten stan, aby poczuć dreszcz podniecenia i zbudować pomost pomiędzy swoim marzeniem o miłości a  realnym światem. To ustawianie czułości bywa zabawne i przejmujące, a z pewnością pełne wdzięku. Czasami Agni używa do tego celu numerologii, kamiennych serduszek, gier językowych, mydlanych nut, a nawet trąby słonia, ale w tle pojawiają się dalekie echa rozmyślań personalistów, Platona, Pitagorsa, Kartezjusza, Heideggera czy Bubera. Oddając się swoim poszukiwaniom, nie stroni też od wyrafinowanych i subtelnych zarazem fantazji erotycznych, jakich w polskiej literaturze nie sposób uświadczyć. Nic więc dziwnego, że po takich zabiegach na horyzoncie Agni pojawia się prawdziwy książę z bajki, który z czasem nabiera coraz bardziej realnych kształtów…

       

      Jeśli jednak nawet Agni jest współczesnym Kopciuszkiem, to reprezentuje największy poziom EQ w tej kategorii istot. Jak się bowiem okazuje - siła pragnień, wyobraźnia i intelekt wcale nie stoją na straconych pozycjach w starciu z grozą kobiecej samotności, przynajmniej w prozie Agnieszki Wypych. Zapewnie dzieje się tak w znacznej mierze dlatego, że autorka patrzy na ten problem z mądrością i dystansem krakowskiego filozofa, którym jest na co dzień. W każdym razie, jako filozof ma jeszcze dwa atuty: po pierwsze – nie tylko po mistrzowsku posługuje się językiem literackim, ale jeszcze nadaje mu rzadko spotykany powiew świeżości i kreatywności, a po drugie – nie jest feministką.

       

       

      Trawka brzuszkowa
      Agnieszka Wypych
      Stron 124, format B5, cena 39 zł
      ISBN 978-83-60912-05-8

      kwiecień 2011

      Wydawnictwo MEDD

       

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      enmedd
      Czas publikacji:
      środa, 04 maja 2011 01:06
  • niedziela, 01 maja 2011
    • Trawka brzuszkowa - rozmowa z Agnieszką Wypych, autorką powieści "Trawka brzuszkowa"

       Autorka powieści

      Czy „Trawka brzuszkowa” to powieść autobiograficzna?

      Nie wydaje mi się. Zresztą zastosowana przeze mnie forma literacka nie nadawałaby się do stworzenia takiego gatunku. Określiłabym ten utwór jako powieściową ala bajkę o rozpaczliwym poszukiwaniu miłości, w której elementy tego, co wyobrażone i wyśnione przez główną bohaterkę przeplatają się z tym, co przeżywa. Oczywiście o niektórych jej doświadczeniach, myślach nie mogłabym napisać, gdyby jakoś nie wiązały się z moimi.

      A dla kogo przeznaczona jest ta książka? Bo mam wrażenie, że raczej nie trafi pod strzechy.

      Chyba każdy autor chciałby, aby jego czytelnik był wyrafinowany intelektualnie. Miło jest pomyśleć, że nie tylko te najbardziej powierzchniowe warstwy i sensy dzieła, ale i te bardziej ukryte czy skomplikowane zostaną dostrzeżone, zrozumiane, również w zakresie zawartych w nich aluzji, odniesień do różnych źródeł inspiracji. Ale uważam, że moja książka spodoba się także mniej przygotowanym odbiorcom. Ma tyle pięter znaczeniowych i emocjonalnych, że daje taką możliwość. Poza tym na wielu stronach jest zabarwiona humorem dla każdego zrozumiałym. Najbardziej jednak liczę na wrażliwego odbiorcę, ceniącego tę wartość, jaką jest miłość i zainteresowanego problematyką miłości. Bez wątpienia „Trawka” powinna zaciekawić kobiety, które tak jak Agni tęsknią za wielką miłością; no i mam nadzieję, że również inteligentnych mężczyzn, chcących poczytać o tym, co czuje i myśli kobieta, gdy czeka na miłość i gdy jest zakochana.

      To znaczy, że zdarzają się jednak inteligentni mężczyźni?

      Podobno się zdarzają, ale polska reguła jest inna: panuje deficyt intelektualny, a na dodatek emocjonalny prymitywizm. Nic więc dziwnego, że kobieta taka jak Agni ma poważny problem z mężczyznami, a raczej nie może spotkać tego jedynego.

      Jednak Agni nie ma chyba zadatków na feministkę?

      Zdecydowanie nie. Gdy patrzę na feministki, gdy słucham, co mówią, nabieram przeświadczenia, że feminizm stanowi formę życiowego rozczarowania. Kobiecie osobiście rozgoryczonej może przyjść do głowy, że skoro jej własne życie się nie udało, to należy skierować się ku światu społecznemu z przekonaniem, iż wie się, co i jak w nim zmieniać dla dobra kobiet w ogóle. Na dodatek taka kobieta, nie mając innego wyjścia, wmawia sobie i innym, że szczęście to niezależność od mężczyzny, niezależność tę ujmując przy tym bardzo płytko. Agni jednak, nawet gdy jest w największej rozpaczy, taka postawa nie przyszłaby do głowy. Szczęścia wcale sobie nie wyobraża bez ukochanego mężczyzny, od którego pragnie uzależnić się totalnie, by nigdy z tego uzależnienia nie wyjść, więc szuka i szuka. Poza szczęściem w miłości żadnego innego sensu istnienia nie widzi i nie zamierza ujrzeć. Natomiast sprawy społeczne jej nie porywają, jest przecież indywidualistką. Powiem więcej, świat współczesny w ogóle jej nie interesuje. Przecież panuje w nim chamstwo i bylejakość, skrajny pragmatyzm i interesowność. Jest nijaki, płytki, nudny, przesączony Big Brotherem, który wylał się wraz z głupawym językiem z ekranów telewizora na ulicę. Na ulicach Krakowa nie można zamienić z nikim paru inteligentnych zdań, o Warszawie nie wspominając, więc Agni chętnie przenosi się w myślach  - na przykład do starożytnych Aten. Ta bohaterka nie potrzebuje świata współczesnego i w nim nie uczestniczy. Owszem jest kobietą współczesną, ale prawie bez tego tła, na którym dzisiaj zwykle umieszcza się kobiety. Ona nie żyje pracą biurową, nie potrzebuje gadu-gadu czy facebooka, nie plotkuje u fryzjera,  nie jeździ samochodem, nie rozpoznaje marek, nie zalicza kurortów, nie emocjonuje się modą ani tańcem z gwiazdami. Dzisiejsze pożeracze czasu nie mają dla niej żadnego znaczenia. Tłem, na którym ją umieszczam, są tylko jej osobiste przeżycia, dążenia, przemyślenia, a ponieważ wszystkie one kierują się ku miłości, to można powiedzieć, że w „Trawce brzuszkowej” jest tylko Agni i jej wymarzona miłość.

      Z czasem odnoszę nawet wrażenie, że tym, co najbardziej interesuje główną bohaterkę, jest rozwijanie we własnej głowie filozofii miłości.

      Na pewno jest to filozofia miłości kobiety do mężczyzny, który nie istnieje… A tak poważnie: historia o Agni stanowi z pewnością jakiś sposób rozważania przeze mnie, czym jest miłość, a przede wszystkim pragnienie miłości wielkiej, prawdziwej i obejmującej wszystkie najważniejsze sfery w człowieku. Jednak choć jestem filozofem, nie zamierzałam tworzyć jakiejś przemyślanej teorii miłości. Na pewno jednak powiedziałam dużo o tym, co uważam na temat miłości i jej wpływu na kobietę. Opisuję kobietę jako istotę, którą marzenie o miłości przenika i stwarza. Ponieważ siłę jego obecności odczuwa ona bardziej niż jakiekolwiek innej swojej myśli czy pragnienia, nie może za nim nie podążyć. Na tej drodze, która jest nieustannym poszukiwaniem, doświadcza różnych uczuć, często bardzo dla siebie trudnych. Wie jednak, że tylko miłość Tego Jedynego dopełni ją i uszczęśliwi. Przypisuję miłości rolę przeistaczania i sprawiania rozkwitu „ja”, które zaczyna mieć najbliższe dla siebie „ty”. Proszę jednak pamiętać, że tym, kto najczęściej odzywa się w mojej książce, nie jest filozof, lecz kobieta, której nieprzypadkowo dałam imię Agni. Agni to indyjskie bóstwo ognia i słonecznego światła. W sanskrycie słowo Agni znaczy ogień.

      Agni w wielu epizodach rzeczywiście jest jak ogień: zmysłowa, namiętna, spragniona uczuć, ale w innych wydaje się podobna do wielu Polek żyjących w wielkich miastach, które skazane są na samotność. 

      Na pewno można spotkać kobiety podobne do Agni: piękne, zmysłowe, wykształcone, wyrafinowane intelektualnie i emocjonalnie, a mimo to samotne. Czy jednak są skazane na samotność? W sensie dosłownym zapewne nie. Sądzę natomiast, że skazują się na przerażającą samotność, wiążąc się z mężczyznami, których w swojej książce nazwałam osiołkami. To określenie odnosi się nie tylko do ich poziomu intelektualnego, ale do męczącej i drażniącej nijakości… Agni jest inna niż te kobiety. W swoim mniemaniu wciąż obsesyjnie szuka wyśnionego mężczyzny i niczym innym się nie zajmuje. W rzeczywistości na niego czeka, nieustannie o nim marzy.

      A jaki powinien być ten idealny mężczyzna?

      Oczywiście, wyjątkowy, a więc na pewno nie o posturze męża Carli Bruni i przenikliwym umyśle Krzysztofa Ibisza. Jej wymarzony Mężczyzna powinien być idealny pod każdym względem, Ma w sobie łączyć najlepsze cechy ludzkie, mitologiczne, a nawet zwierzęce.

      Zwierzęce?

      Nie chodzi mi o wygląd szympansa, ale o emocjonalne właściwości, których brakuje w świecie ludzkim, a obdarzone są nimi na przykład psy. Mam na myśli niczym nie skażoną spontaniczność, najwyższą radość z powodu obecności ukochanej osoby, równowagę i stałość najważniejszych uczuć czy też absolutną wierność, która wychodzi zwycięsko z każdej próby.

      No to może nie dziwię się, że Pani bohaterka ma problem ze znalezieniem tego jedynego.      

      Ogromny i dlatego postanawia rozpocząć działania, które określiłam jako „ustawianie czułości”. Można powiedzieć, że zastawia sidła na tego jedynego, nim ten mężczyzna się pojawi, ale zastawia je w swojej głowie. Wprowadza się w ten stan, aby poczuć dreszcz podniecenia i zbudować pomost pomiędzy swoim marzeniem o miłości a  realnym światem. To ustawianie czułości bywa bardzo zabawne, a z pewnością pełne wdzięku. Czasami używa dziwnych przedmiotów - jak kamienne serduszka czy mydlane nuty - albo liczb, starając się przemieniać atakujące ją trzynastki w piętnastki przywołujące miłość i dziesiątki, które oznaczają pełnię. Tworzy też dla tego mężczyzny miłosny rebus oraz ubiera się zalotnie, aby wyłowił ją z tłumu. Czasami ustawia czułość marzeniami, na przykład o ułożeniu serduszka z dwóch wtulonych w siebie uszu jej i tego mężczyzny. No i ma jeszcze inne sposoby: scenariusz pocałunkowy albo taki, który polubi Mężczyzna-Słoń. Próbuje też ustawiać czułość w kuchni, choć wcale nie tęskni za pasibrzuchem, lecz za mężczyzną, który zamiast oczekiwać, by mu trafiła przez żołądek do serca, będzie głodny jej samej. Agni chce ponadto ustawić czułość słowami jak najdalszymi od banałów, które można przeczytać na kartkach walentynkowych. Wszystkie te sposoby ujawniają, że Agni pragnie czuć miłość i sercem, i ciałem, i duchem, i językiem. Dla niej wszystkie te sfery są równie ważne. Widzi je jako swoje ogrody, które przygotowuje na nadejście jej Wyjątkowego Ogrodnika i które – jak wierzy – zakwitną i nabiorą wybujałej formy dlatego, że on się zjawi. Agni nie wyobraża sobie, by wielka miłość miała się spełniać „bez pierwotnej dzikości”, czy też by nie była przeżyciem zarówno emocjonalnym, jak i duchowym. I właśnie dlatego być może niektóre epizody porażają frywolnością i erotyzmem, a inne mają posmak mistyczno-sensualny.

      Czy Agni udaje się zaczarować rzeczywistość?

      Agni wierzy, że jej ukochany nadejdzie, choć czasami lęka się, że nigdy tak się nie stanie, że nie spotka mężczyzny, który byłby odpowiedzią na jej marzenie. W pewnym momencie wydaje się, że zaczarowała rzeczywistość. Spotyka Tego Mężczyznę, którego określa jako Byt Ach albo jako: Asa Kier, Gwiazdona, Ogrodnika, Koncertmistrza. On jest taki, jak chciała - piękny i mądry, dobry, subtelny, namiętny. Uwielbia ją i sprawia, że doznaje z nim spełnienia. Jednak czasami Agni wątpi, czy ten mężczyzna rzeczywiście istnieje. Przecież tyle razy wcześniej jej się śnił. Odwiedzał ją w snach jako Senny, jako Marynarz. Z kolei, gdy się upewnia, że mężczyzna z jej snów jest rzeczywiście obok niej, a raczej z nią i dla niej, to za chwilę się boi, czy on zawsze będzie tak samo za nią przepadał, czy zawsze będzie go interesowało jej serce, jej ciało i jej duch?

      Czy wobec tego warto czekać?

      Warto, nawet skazując się na ryzyko, że do końca życia będzie się czarować rzeczywistość.

      Czasami odnosiłem wrażenie, że bohaterka pogrążona jest nie tyle w marzeniach, co w depresji.

      Temat depresji pojawia się parokrotnie i nie mogło być inaczej, skoro Agni jest wrażliwą i myślącą osobą. Ja jednak wolałabym określać stan Agni, zwracając uwagę na to, czego doświadcza: jest to lodowatość świata, odczucie spotkania z krą, albo ostem - jak symbolicznie opisuję to w mojej książce.

      No właśnie, jak to jest z tym światem symboli? Czasami mam wrażenie, że odgrywa w książce decydującą rolę.

      Tak bym tego nie ujęła. Zdecydowałam się na wprowadzenie do mojej książki bardzo różnych i znaczących symboli, których funkcje są rozmaite. Odczuwałam taką konieczność. Ten pomysł nie wyniknął z jakieś mojej teorii, z jakiegoś wcześniejszego zamysłu. Do jednych symboli dołączały następne już w trakcie pisania i z nich tworzyła się ta rzeczywistość w „Trawce brzuszkowej”, którą chyba najbardziej w niej lubię.

      Najważniejsze symbole, będące kluczem otwierającym tę opowieść to: kwiat miłości, miłosne pszczoły i mioduszki, woda, kra, as kier, oda, stal, stalaktyt, stalagmit, stalagnat, oset, muzyczne instrumenty, muszla, słońce, jabłuszko, serduszko, poduszka, miód, osy, trzynastka i dziesiątka oraz piętnastka. Potrzebowałam tych symboli po to, by prowadzić swoją historię ścieżkami, na których miłość staje się doznaniem kosmicznym i archicznym, a jednocześnie niezwykle pięknym. Poza tym to dzięki nim mogłam uniknąć prymitywnej obrazkowości, na przykład wtedy, gdy opisywałam miłosne spotkania, doznania rozkoszy i spełnienia. Nie lubię dosłowności w opisywaniu miłosnych aktów, rażą mnie te wszystkie wyrazy na „p”, czy jeszcze raz na „p”. I zupełnie nie zgadzam się z tym, że trzeba po prostu pogodzić się, że w języku polskim nie powstały określenia inne - bardziej subtelne, czarowne. Język polski jest zupełnie nieprawdopodobny, jeśli chodzi o swoje możliwości - również w zakresie pięknego opisywania doznań miłosnych. Choć myślę, że te swoje możliwości odsłania dopiero wtedy, gdy spojrzy się na owe doznania nie tylko od strony cielesnej. Najpierw musi być spojrzenie sięgające do sfery sensu, a potem dopiero może ono szukać odpowiedniego wyrazu dla tego, ku czemu się kieruje. Nie znaczy to jednak, abym w swojej książce unikała motywu ciała, ale jest to ciało ubóstwiane przez główną bohaterkę. Agni ma obsesję na punkcie włosów Mężczyzny oraz jego dłoni. Bardzo często powraca też motyw oczu, uszu, łona i innych tajemniczych elementów. No i wiele jest o ubieraniu i rozbieraniu.

      Czy każdy poradzi sobie z grami językowymi, które pojawiają się na wielu stronach Pani książki?

      Jeśli zechce sobie poradzić, jeśli się chwilę zastanowi podczas lektury, a nie spojrzy na owe gry jak na jakieś dziwactwo, nie wiedzieć po co wprowadzone - to z pewnością tak. W „Trawce” język jest bardzo ważny, ale nie najważniejszy. To, jak go traktuję, stanowi jednak z pewnością najbardziej widoczną cechę mojej książki, bo wielokrotnie zdecydowałam się na taki zapis słów, wyrażeń, czy całych fraz, którego zwykle się nie spotyka. Zdaję sobie sprawę, że dla niektórych ów zapis może być drażniący: jakieś strzałki w różnych kierunkach, znak wynikania, dzielenie wyrazów, duże litery w środku wyrazu, albo nawiasy w nim, nawet znaki negacji w jednym z rozdziałów. To wszystko może denerwować ze względu na fakt, że w niektórych miejscach może spowalniać lekturę. Jednak i na takim efekcie mi zależało: zatrzymania się, refleksji, choć wywołanie go nie było moim głównym celem.

      Gdy pisałam, narzucały się mojej uwadze pewne wyrazy: i takie, które ze swej istoty służą opisywaniu miłości i inne, niby z nią niezwiązane, których postanowiłam użyć po to, by o tym uczuciu mówić. Przemawiały do mojej wyobraźni słowa zanurzone lub ukryte w innych słowach, albo sama takich słów szukałam z różnych powodów: chociażby dla stworzenia nastroju, zwłaszcza atmosfery takiej zmysłowości, która wykracza poza siebie, wznosi się ku czemuś innemu. Jak już wspominałam, nie chciałam, aby erotyka w mojej książce była prymitywna i niewątpliwie pewne pomysły językowe, które zastosowałam, uchroniły przed tym „Trawkę” i dodały jej uroku. Poza tym ich rolą było też ukazanie sposobu myślenia i odczuwania Agni. Agni jest kobietą, która bardzo potrzebuje pięknych, czułych słów, czeka, aż je usłyszy od mężczyzny, ale i ona chce go pieścić słowami. Gry językowe dawały mi też możliwość potęgowania sensualności oraz wieloznaczności. Zdarzyło się też parę razy, że to język narzucił kierunek rozwoju fabuły.  

      Czy to, co mi wydało się konieczne, a nawet piękne - każdego urzeknie? Nie wiem, raczej wątpię, pewnie musiałaby być podobny do mnie, by tak się stało. Ale być może niejeden czytelnik podczas lektury „Trawki” przyzna, jak nieoczekiwany i nowy sens uzyskuje słowo, gdy popatrzy się na nie trochę inaczej, nienawykowo i pozwoli mu, by opiewało miłość, mówiło o jej czarze, ale też i skomplikowaniu. A gdy na wiele słów tak się spogląda i chce się ich użyć we wspomnianym celu, to cóż: jakoś się tworzy inny sposób wyrażania się, wypowiadania się o miłości. Nowy język miłosny to bardzo śmiały zamysł, choć z drugiej strony każdy może takich zabaw spróbować. To na pewno ciekawsze, niż ciągłe powtarzanie tego samego.

      Muszę jednak dodać, że niektóre gry językowe mają u źródeł coś innego - zabawę intelektualną. Przygotowany czytelnik dostrzeże, że gdzieś tam przewracam w „Trawce” zdania z Gombrowicza, Norwida, Mickiewicza, a nawet z „Bogurodzicy” i „Księgi Henrykowskiej”. Wrzucam też do „Trawki” cytaty i opinie filozoficzne: trochę personalistów, Platona i Pitagorsa, szczyptę Kartezjusza, posypuję Heideggerem i Buberem, a ponieważ „Trawka” jest brzuszkowa, to pewnie nabrać muszą trochę innego smaku albo nawet go stracić i dzięki temu lepiej być strawione. Czy tak przyrządzona „Trawka” będzie mogła odurzyć? Mam nadzieję, że tak.

      Podkreślam ten intelektualny charakter gier dlatego, że na pewno nigdy nie zgodziłabym się z zarzutem, że pomysły językowe zostały do „Trawki” wprowadzone „na siłę”, dlatego że autorka nie mając wiele do powiedzenia, ten brak jakoś postanowiła ukryć. To, co powyrabiałam z językiem, przemyślałam; i choć moje poczynania mogą się wydawać zbyt śmiałe, nie żałuję, że się na nie zdecydowałam. Czasem nie wystarczało mi tylko oswojenie tego, co już było w języku i wykorzystanie tego do własnych celów, i szłam nieco dalej, być może brnąc w jakieś gąszcze. Pisząc chciałam jednak pozostać w zgodzie z tym, co uważam i co mnie interesuje. Myślę, że używając języka, powinno się czuć, że jest najbardziej własny, i ani nie szukać awangardowości tam, gdzie nie jest potrzebna, ani jej nie unikać, jeżeli wydaje się niezbędna. Problem powstaje dopiero wtedy, gdy ów własny język staje się zamkniętym rewirem, po którym nikt poza autorem nie może się swobodnie poruszać.

      Przyznam się, że w jednej kwestii jestem zupełnie bezradny. W żaden sposób nie mogę odgadnąć, jakie są literackie źródła Pani inspiracji. Na kim się Pani wzoruje, kto jest Pani mistrzem? 

      Trochę już na to pytanie odpowiedziałam. Pisząc inspirowałam się przede wszystkim światem ludzkich emocji, symboli językowych i samym językiem polskim, który nie tylko pod piórem wielkich pisarzy, ale w samej swej strukturze, warstwie leksykalnej, frazeologii jest po prostu nadzwyczajny. Natomiast gdyby Pan mnie zapytał o to, czyja zasada twórcza jest mi najbliższa, to wskazałabym na Schulza z jego „Mityzacją rzeczywistości”. Jego zdanie na temat istoty twórczości literackiej w pełni podzielam. Uważam, że sztuka słowa, sięgając do tego, co najbardziej subiektywne, osobiste, szukając dla tej sfery językowych odpowiedników, tworzyć może uniwersalny mit.

      W swojej książce niezwykłą rolę przypisuje Pani światu zwierząt…

      To prawda, ale nie pojawią się w niej zwierzęta, jakie znamy, raczej różne jakby zwierzęce istoty. Jest więc mówiący kot ze skrzydłami Nenufar, inteligentne pszczoły, kobiety-osy, mężczyzna-Słoń i mężczyzna jak byk, który ma na imię Zenit i odwiedza Agni również pod postacią Słońca. W „Trawce” jest dla nich miejsce tak samo jak dla greckiego boga czy księcia Henryka Ach, bo przestrzeń egzystencji Agni nie ogranicza się do świata realnego. Jednak moja inspiracja jest całkiem realna -  przez pięć lat byłam wolontariuszką pomagającą bezdomnym zwierzętom i zostawiło to we mnie trwały ślad.

      Dziękuję za rozmowę.

      Rozmawiał Marcin Poll (ARR)

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      enmedd
      Czas publikacji:
      niedziela, 01 maja 2011 01:52
  • sobota, 30 kwietnia 2011